sobota, 2 stycznia 2016

Odkrywając tajemnice, Lisa Renee Jones

Po raz trzeci chylę czoło przed Autorką. Przede wszystkim dlatego, że owszem – książka należy do literatury erotycznej, ALE w tej kategorii książek rzadko znajdujemy coś wartościowego. A w tym przypadku, powiedziałabym, że erotyzm wybrzmiewa przy każdej scenie głównych bohaterów, ale nie tłamsi historii, która wciąga i trzyma w napięciu do samego końca.
Oczywiście „Odkrywając tajemnice” to dalsze losy Sary i Chrisa. Nowe problemy – chociaż są one raczej kontynuacją poprzednich zdarzeń – nie dają spokoju tej dwójce. Tej namiętnej dwójce ;-).
Co jest treścią? Paryż. Oskarżenie Sary o zabójstwo Rebeki. Poznanie przeszłości Chrisa – również jego kobiet. 
Czy Sara to wytrzyma? Czy ich związek przetrwa?
Jedno jest pewne: nie uśniecie spokojnie, dopóki nie przeczytacie ostatniej strony!
Czekam z niecierpliwością na kolejną część.

niedziela, 27 grudnia 2015

Carrie Pilby (Nieznośnie genialna), Caren Lissner

Cieszę się, że już ją skończyłam. Bo przyznam, że trochę się przy niej męczyłam. 
Carrie to młoda, niezwykle mądra dziewczyna. Przeskoczyła dwie klasy, ukończyła studia na Harvardzie… - jak już napisałam – mądra. Ale jak to często z geniuszami bywa
– nie przekłada się to na sukcesy w życiu towarzyskim. Nie ma przyjaciół. Powiedziałabym, że traktuje innych z wyższością i łatwo ich szufladkuje. Jest typem samotnika, sama przeciera własne szlaki, nie boi się przeciwstawić tłumowi a tym samym nic sobie nie robi z presji grupy. Jest niezależna. Ale też dziwna. 
Opracowany pięciopunktowy plan u terapeuty przynosi jednak pewne rezultaty…
Kilka razy chciałam ją odłożyć i zapomnieć o książce. Ale za bardzo nie lubię tego robić. Dlatego też dobrnęłam do ostatniej strony i nawet jestem w stanie stwierdzić, że jakiś wniosek – morał – można z niej wyciągnąć. To nie zmienia jednak mojej opinii – nie jestem w stanie zachęcić Was do jej przeczytania. Nie dajcie się zwieść okładce i ładnemu opisowi z tyłu – zanudzicie się!
A co wartościowego znalazłam?:
„Trudno być samotnym. Najdziwniejsze jednak jest to, że wystarczy tylko druga osoba, żeby poczuć się dobrze na tym świecie. Para to przecież tylko jeden plus jeden. Zaledwie jedna osoba sprawia, że twoje życie staje się osiem razy lepsze i automatycznie gładko wpasowujesz się w towarzyską strukturę społeczną. Dlaczego jeden plus jeden daje ośmiuset procentowy wzrost? Bez tej jednej osoby było się skazanym na samotne spacery, samotne posiłki, samotne podróże, samotne noce. Gdybym spotkała tylko jedną pasującą do mnie osobę, która okazałaby mi wzajemność, z pewnością nie musiałabym nic udowadniać reszcie świata. Bez wątpienia zdarzały się pary złożone z dwojga odmieńców, ale wtedy ich odmienność przestawała razić, bo pasowali do siebie.”

sobota, 12 grudnia 2015

Spotkanie w chmurach, Adele Parks

„Że, mówiąc obrazowo, wysikałam się na swoje „i żyli długo i szczęśliwie”.” – może nie najlepszy wstęp, ale tak naprawdę od tego momentu zaczęłam odczuwać przyjemność z czytania książki. Cytat – tak bezpardonowy – rozbawił mnie. 
Właśnie… mało brakowało, żebym odłożyła tę książkę na półkę. Ale naprawdę nie lubię tego robić i cieszę się, że dałam jej szansę.
Jo to młoda kobieta, której nie poukładało się w życiu najlepiej. Zaraz jak tylko ją poznamy straci pracę, nie ma swojego mieszkania więc „pomieszkuje” u siostry… Nie tak to miało wyglądać. A do tego wszystkiego brakuje jej mężczyzny. Każdy kolejny, z którym się umawia nie jest odpowiedni (co jest delikatnie powiedziane) a jedyny, który w jej życiu wydawał się "stabilny" niedługo się żeni. Przed samym ślubem Jo zrezygnowała z Martina – może to nie była słuszna decyzja? Leci więc do Chicago z zamiarem niedopuszczenia do ślubu dawnego narzeczonego, bo może to on jest jej przeznaczeniem?
Dean – Dean to twardo stąpający po ziemi nieufny mężczyzna. Nie pozwala sobie na wyższe uczucia jak miłość czy choćby zaufanie. Ma ku temu powody – ojciec opuścił ich (jego i siostrę – Zoe) gdy byli małymi dziećmi, mama, zanim zmarła, zaniedbywała ich aż w końcu trafili do domu dziecka. Trudno tu znaleźć jakikolwiek powód do optymizmu. Dzieciństwo to bardzo trudny i przykry dla nich okres.
I nagle ta dwójka się spotyka. W chmurach. On wraca od umierającego ojca, a ona – leci przerwać ślub, wierząc w lepszą przyszłość. Tak dwie różne osoby a jednak coś się między nimi tworzy. Coś, co dla Jo może nie być takim zaskoczeniem, ale dla Dean’a? Dla niego to nie jest takie oczywiste, ale łatwo się poddaje tej znajomości. Znaleźli swoje przeznaczenie…
Ostatnio dominuje w moim życiu obojętność na otoczenie. Mało jest wzruszeń, chwil zadumy czy refleksji – jak prawdopodobnie większość – żyję z dnia na dzień. Ta książka szczerze mnie wzruszyła. Popłakałam się. Nie zdradzę dlaczego, bo zabrałabym Wam przyjemność czytania, ale… Polecam – nawet jeśli na początku będziecie chciały ją odłożyć – proszę, nie róbcie tego. Przeczytajcie do końca. Na samo wspomnienie mam łzy w oczach.
Nie byłabym sobą, gdybym nie przytoczyła fragmentu:
„Nie, już próbowałam. Nikogo takiego nie ma. Szukałam, naprawdę. Ja już tego w sobie nie mam. Walczę od tak dawna. Od lat. To mnie wyczerpało. Starać się przez cały czas na wypadek, że zwrócę na siebie czyjąś uwagę i ten ktoś poczuje się przy mnie dobrze, to naprawdę wyczerpujące, wierz mi. Oczywiście boli mnie, że jestem taką porażką, ale jeszcze bardziej boli mnie to, że miałam swoją szansę. Czy lepiej kochać i stracić miłość, czy nigdy nie kochać?”
I ja też, rzucam to pytanie w przestrzeń – lepiej kochać i stracić miłość, czy nigdy nie kochać?

sobota, 28 listopada 2015

Piękny gracz, Christina Lauren

Piękny drań pochłonął mnie całkowicie. Piękny nieznajomy… Z nim było nieco gorzej, choć winę zrzuciłam na prywatne rozterki. A co z Pięknym graczem? Wracamy na falę! Bardzo mi się podobał. Oczywiście nie mówię o samym Will’u (choć zdecydowanie niczego mu nie brakuje), ale o powieści w ogóle.
Historia jest bardzo przyjemna. Hanna, zwana przez rodzinę Ziggy, jest pochłonięta pracą i nauką. Na życie towarzyskie brak jej czasu. Za namową brata wznawia kontakt z jego przyjacielem (można powiedzieć: przyjacielem rodziny, bo w dawnych czasach pomieszkiwał w jej rodzinnym domu, poznając się tym samym ze wszystkimi). Ta znajomość ma pomóc otworzyć się na ludzi i Will ma być jej przewodnikiem życia towarzyskiego. Między nimi jest spora różnica wieku i o ile teraz można to traktować nawet jako zaletę, kiedyś sprawiało, że nie mieli ze sobą kontaktu i dziewczyna, jako nastolatka, skrycie podkochiwała się w tym przystojnym wówczas studencie.
Okazuje się, że Gracz nie stracił dawnego uroku, który wciąż wykorzystuje, uwodząc dziewczyny. Układ zawsze jest dla niego czysty: żadnego zaangażowania. Do czasu… Bo znajomość z Hanną szybko staje się dla niego ważna. Właściwie to – od pierwszego spotkania dziewczyna na stałe zajmuje jego myśli.
Will zamiast wprowadzić ją w towarzyskie życie (choć początkowo tak to wyglądało) staje się jej (bardzo) prywatnym nauczycielem. Najpierw śmiałe dialogi, nieskrępowane spojrzenia a w końcu dotyk. Hanna odkrywa przy nim swoją seksualność a Will pomaga jej ją wykorzystać…
Przyznam, że pisząc recenzje książek erotycznych często sama się zawstydzam i kasuję wersy, które napisałam, nie chcąc być zbyt śmiałą. Tym razem też tak było. Mam nadzieję, że z czasem przestanę się cenzurować.
Powiem tak: czytałam mocniejsze powieści erotyczne, ale to było… zmysłowe, co tylko podkreśla talent Autorek. Sprawdźcie same!

sobota, 21 listopada 2015

Wyznania randkowiczki, Rosy Edwards

Nie lubię określenia: „sympatyczny”. Jest takie… nijakie. Niby nie negatywne, teoretycznie pochlebne, ale nie wyraża żadnych emocji. I niestety ta książka była właśnie sympatyczna. Na szczęście czasem zdarzały się śmieszne momenty… Ale do rzeczy.
O czym jest treść można wywnioskować po samym tytule – tu nie ma żadnego zaskoczenia. Jednakże – co uważam za plus – nie jest to ckliwa historia miłosna. Raczej lekko przedstawione perypetie młodej kobiety – czasem zabawnie, czasem gorzko… - jak w życiu.
Rosy – bo o niej tu mowa – szuka Tego Jedynego. Pomocna okazuje się aplikacja Tinder. Co prawda jest powierzchowna, ale wydaje mi się ciekawsza niż te wszystkie portale randkowe. Widzisz zdjęcie i oceniasz czy ten mężczyzna ci się podoba – przesuwasz go na prawo, czy też nie – i zostaje bezpowrotnie odesłany na lewo. Jeśli wybrany również ciebie wybierze – zostajecie dopasowani i możecie ze sobą korespondować a nawet umówić się. Czy w Polsce jest coś takiego? Nawet jeśli to wydaje mi się, że nam wciąż brakuje takiego luzu jak w „amerykańskim świecie”. A może to mi brakuje luzu i za bardzo uogólniam problem? Ale nie na tym chcę się skupić. O treści nie będę pisała nic więcej, bo tak naprawdę… już ją opisałam. Oczywiście książka ma prawie 400 stron i choć akcja nie jest tak wartka to jednak trochę się w niej dzieje, ale napiszę teraz, co mi się spodobało. Przede wszystkim: znalazłam w Rosy dużo siebie. Już na samym początku śmiałam się z niej (z siebie!):
„- Zgubiłam się.
- Gdzie jesteś?
- No mówię przecież, że się zgubiłam, więc nie wiem. (...)
W jej głosie słychać zdeprymowanie, jakby fakt zgubienia się sto metrów od celu jest fizyczną niemożliwością, tyle że dla mnie to niemal codzienna rzeczywistość. Raz to nawet udało mi się zgubić w szkole, do której chodziłam już dwa lata. Gdyby ktoś mógł mnie obdarzyć nadludzkimi umiejętnościami, to z pewnością poprosiłabym o zdolność nawigacji. Albo lepiej – o zdolność do teleportacji, dzięki czemu raz na zawsze skończyłby się problem z nawigacją.” – w tym momencie pokochałam tę dziewczynę! Bo to zupełnie tak, jakbym słyszała siebie!
I to był początek książki a kolejny fragment ożywił mnie pod koniec:
„Bycie pisarką to trudna sprawa. I całkiem nudna. Wymyślanie historii na książkę okazuje się podchwytliwe. (…) A więc, mając na uwadze to najświeższe odkrycie, zdecydowałam się zacząć pisać bloga. (...) Przez takie blogowanie mogę doprowadzać do perfekcji mój styl oraz rzemiosło pisarskie i nie szkodzi, że to inny gatunek literacki, podmiot i styl niż bestselerowa, pasjonująca książka łącząca wszystkie gatunki i style, którą zacznę pisać już bardzo niedługo.”
Ze mną naprawdę było dokładnie tak samo. Mam – jak uważam – bardzo dobry i oryginalny pomysł na książkę, ale to – jak się przekonałam – nie jest wystarczające. Przynajmniej na razie, bo wierzę, że w końcu uda mi się zrealizować to moje marzenie. A póki co realizuję się, pisząc amatorskie recenzje na własnym blogu.
I obiecuję, że to już ostatni fragment, który przytaczam:
„Czasami lubię w samotności robić moje rzeczy. Doceniam wolny czas, po pracy chcę pisać swoją książkę, zjeść coś dobrego i/lub prowadzić życie towarzyskie. Lubię też siedzieć na sofie i oglądać Prezydencki poker z moim Misiem i paczką markizów. I tak, dobrze wiem, jak bardzo jestem przy tym żałosna…”
To kolejny raz kiedy czytam… o sobie! Wydaje mi się, że pierwszy raz tak utożsamiam się z bohaterką (może nie w skali 1:1, ale i tak znacznie). I z tego powodu, chociaż dalej uważam „sympatyczna” za odpowiedni epitet dla książki to jednak… polubiłam tę Rosy. ;-)

sobota, 7 listopada 2015

Rozstańmy się na rok, Taylor Jenkins Reid

Jak przeczytałam, że nawet Emily Giffin nie pisze tak pięknie o uczuciach jak Taylor Jenkins Reid – musiałam sama to sprawdzić!
I chociaż nie odważyłabym się użyć takich słów, to Autorka rzeczywiście potrafi napisać z pozoru zwyczajny obyczaj w sposób lekki i przyjemny.
Lauren i Ryan spotykają się jako młodzi ludzie, zakochują się w sobie i wydaje im się, że już zawsze będą szczęśliwi. A życie – jak to zwykle bywa – okazuje się mieć na nich inny plan…
Po kilku latach małżeństwa przestało być jak w bajce. Oboje doszli do wniosku, że spróbują rozstać się na rok. Zrozumieją, co ich w sobie denerwuje, czego potrzebują, do czego dążą. Zrozumieją, że są dla siebie ważni – albo nie – i postanowią co dalej.
Powiem szczerze – jestem zaskoczona zakończeniem. Naturalnie w pewnym momencie stało się dla mnie jasne, jaki ta historia będzie miała finał, ale nie od razu było to dla mnie oczywiste. I dobrze, bo przynajmniej nie tylko nie wiedziałam jak do tego dojdzie, ale też – do czego dojdzie.
Oczywiście to typowo kobieca literatura, ale jakże przyjemna na te chłodne, jesienne wieczory…

sobota, 24 października 2015

Dziewczyna z pociągu, Paula Hawkins

Przyciągnęła mnie okładka. Nawet nie sam wygląd, ale opinia Stephena Kinga, którą możemy przeczytać u góry książki oraz podtytuł „Nie znasz jej, ale ona zna ciebie.” Nawet nie zagłębiałam się w skrót treści. Od razu podeszłam z nią do kasy.
Książka jest thrillerem psychologicznym. Chociaż rzadko sięgam po ten gatunek to bardzo mi się podoba. Obawiam się, że mogę nie sprostać zadaniu, czyli zrecenzowania książki, ponieważ jest inną literaturą niż zazwyczaj czytam, zdecydowanie nie prostą, ale spróbuję.
Rachel, codziennie rano, udając przed współlokatorką, że jedzie do pracy, wsiada do tego samego pociągu, który zatrzymuje się przed tym samym semaforem, naprzeciwko tych samych domów… Wydaje jej się, że zna ludzi, którzy tam mieszkają. Jedną rodzinę rzeczywiście zna – to jej były mąż ze swoją obecną żoną i córką. Ale para, która ją intryguje to w rzeczywistości dwójka obcych ludzi. Jednak w jej wyobraźni nie są obcy – to Jess i Jason (tak ich nazwała) – i tak jak te imiona idealnie do siebie pasują tak doskonałe musi być ich życie.
Rzeczywistość okazuje się inna. Jess i Jason to tak naprawdę Megan i Scott. Jak dalecy od ideału są ci ludzie – zarówno jako para, jak i osobno? I co tak naprawdę wydarzyło się  t a m t e j  nocy? Nocy, w której zaginęła Megan…
Nie wiem, czy sama określiłabym książkę tyloma pozytywnymi epitetami, czy była ona aż tak fenomenalna? Jednakże dałam się wciągnąć tym opiniom i – to już moje własne zdanie – Dziewczyna z pociągu zafascynowała mnie. Opisy bohaterów, ich problemów, cała treść – to wszystko rzeczywiście było wciągające. I prawdą jest, że nie miałam pojęcia, kto za tym wszystkim stoi. Przez całą książkę miałam kilka podejrzeń (kilka różnych podejrzeń) aż w końcu dowiedziałam się prawdy. Zaskakującej prawdy.
Z czystym sumieniem – polecam.