piątek, 27 lutego 2015

Love, Rosie, Cecelia Ahern

Gdybym skończyła po pierwszych dziesięciu stronach, tak jak zamierzałam, powiedziałabym – nie warto. Były dla mnie naprawdę męczące. Rozumiem, że listy były pisane przez dzieci – stąd błędy ortograficzne, ale okropnie było przez to przebrnąć! Ale gdy już to było za mną i ukazywała się dalsza treść… Nie, tu też jeszcze nie mam nic dobrego do powiedzenia. Ta historia nie jest mi obca. Ani fakt, że dwójka przyjaciół, Alex i Rosie, są w sobie zakochani, ale jednak nie odkrywają swoich uczuć, ani sposób pisania książki, czyli poprzez listy.
Nie chcę jednak nie pozostawić książki bez żadnej pozytywnej oceny. Choć treść mnie nie wciągnęła, a bohaterowie nie urzekli, to jednak nie poczułam się znużona. Zdarzały się nawet sytuacje, które wywołały uśmiech a czasem lekkie wzruszenie. Zazdroszczę też przyjaźni, jaka łączyła Alex’a i Rosie a także tej, która narodziła się pomiędzy Alex’em i Katie – córką głównej bohaterki.
Ale to i tak nie było to… Może to właśnie fakt, że książka mnie nie oczarowała spowodował brak weny do pisania o niej. Wystarczy, że zmusiłam się do wytrwania do ostatniej strony – nie będę siliła się na więcej słów recenzji.

sobota, 14 lutego 2015

Kusiciel, A. J. Gabryel

Nie mam wątpliwości, że jest to książka erotyczna. Bardzo tak! Ale stworzyłabym na jej potrzeby nową kategorię: i n t e n s y w n a. Każda scena taka była. Każda wywierała niesamowite emocje a nawet uczucia. Zarówno sceny seksu przepełnione namiętnością, niepohamowaną żądzą jak i sceny „pomiędzy”, które nie pozostawały w tyle. Czytając Kusiciela, czułam się… spięta, skupiona, nic nie było w stanie mnie rozproszyć. Prawie 300 stron, które odcisnęły we mnie swój ślad.
To trzecia książka A.J. Gabryela, ale… pierwsza, która wywołała we mnie tyle uczuć. Facet na telefon to był dobry erotyk. Po prostu. A Kusiciel… Tak naprawdę nawet nie jestem pewna jak ma na imię ta dziewczyna, którą poznał. Może w ogóle ono nie padło. Ale dobrze pamiętam, jaka była. Jak On ją widział. Jak na nią patrzył. Jak… Przepraszam, ciągle jestem myślami w książce…
A o czym ona w ogóle jest? Poznajemy historię mężczyzny, a przynajmniej ważny fragment jego życia. Kusiciel (bo tak go ona nazwała) wypatrzył z tłumu dziewczynę, która, jak się szybko okazało, nie była „w sam raz na raz”. A jaka była? „Zbyt ładna, zbyt krucha, zbyt blond, by nazwać ją piękną. (…) Wygląda jak dziewica i dziwka zarazem” – to pierwsze, co o niej pomyślał. 
Nie wiem czy potrafię napisać więcej. Myślę, że każdy domyśla się co było dalej. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Bo tak naprawdę nikt nie przewidzi takiego scenariusza.
Jestem wciąż pod wrażeniem. Scen. Emocji. Uczuć. Intensywności.

piątek, 30 stycznia 2015

Z miłością jej do twarzy, Nicola Doherty

Całkiem… ciekawie. Niby treść taka podobna do innych a jednak autorka miała pomysł, który odświeżył ten „oklepany” romans.
Już w poprzednich recenzjach zdarzyło mi się zwierzyć ze wspomnień, do których często wracam myślami. A co by było gdybym wróciła do nich naprawdę? Czy czas, który wyposażył mnie w nowe przemyślenia, doświadczenia sprawił, że zachowałabym się inaczej? Na pewno. Czy wydaje mi się, że byłoby lepiej, gdybym wtedy postąpiła inaczej? Do czasu tej lektury: na pewno tak. A teraz? Nie wiem. W końcu to wtedy byłam prawdziwa ja, ponownie zachowałabym się inaczej tylko dlatego, że wolałabym innego dalszego ciągu wydarzeń. A on wcale nie musiałby być tym idealnym.
Tak samo jest z Zoe. Jakiś czas temu rozstała się z chłopakiem a teraz bardzo chciałaby móc to „odkręcić” i znowu z nim być. Nagle poznajemy nieprawdopodobny bieg wydarzeń. Zoe cofnęła się w czasie! Jest z Davidem. Marzenie się spełniło? W rzeczy samej. Wie dokładnie, co zaraz się stanie, bo już to przeżyła więc zachowuje się inaczej. Nieprawdziwie, ale wie, że to zadziała. Że w taki sposób zatrzyma przy sobie Davida. Ma całkowitą rację. W pracy też potrafi przewidzieć przyszłość (bo już w niej była) więc awansuje. Wszystko układa się jak we śnie… Jednak okazuje się, że to nie jest to, czego chciała. Gdybym napisała więcej, zdradziłabym za dużo. Dlatego już kończę.
Myślę, że… nie warto jest na siłę rozpatrywać i roztrząsać to, na co nie mamy wpływu. Wszystkie wydarzenia z przeszłości miały się stać w takiej właśnie postaci, w jakiej się wydarzyły. Nawet jeśli były to drobne potknięcia czy niepowodzenia. To wszystko nas ukształtowało i wpłynęło na to, jacy dzisiaj jesteśmy. A los jest nieprzewidywalny. Nigdy nie wiadomo, co lub kogo postawi na naszej drodze jutro. :)

piątek, 16 stycznia 2015

Instynkt mordercy, Heather Graham

To była przyjemna odmiana po typowo romantycznych książkach. Choć i taki wątek się tu znalazł, co więcej, miał spore znaczenie, Instynkt mordercy to jednak – przede wszystkim – kryminał (niech będzie, że babski kryminał. ;-) ).
Miałam już przyjemność poznać twórczość Heather Graham i zarówno w przeszłości, jak i teraz, nie zawiodłam się. Autorka ma niesamowitą zdolność budowania napięcia, niekiedy wystraszenia czytelnika przejmującymi obrazami zbrodni i zaciekawienia do tego stopnia, że ciężko oderwać się od treści. Ale także potrafi przynieść ulgę i wytchnienie przy scenach – no właśnie – romantycznych.
Masakra, jaką przeżyli bohaterowie, będąc jeszcze nastolatkami, na zawsze pozostawiła po sobie ślad, którego nie da się wyzbyć. Chloe Marin – jedna z ocalałych a jednocześnie główna postać książki – okazała się niezwykle silną młodą kobietą. Jej inteligencja i przeczucia pomagają w rozwiązaniu zagadki. A do tego wszystkiego przystojny detektyw – Luke Cane, którego męskość nie pozostaje obojętna młodej kobiecie – to wszystko układa się w fascynujący, romantyczny kryminał.
Polecam zarówno fankom romansów, które są już znudzone podobnymi historiami miłosnymi, jak również wielbicielkom zagadek – gwarantuję, że się nie zawiedziecie!

sobota, 3 stycznia 2015

Lawendowy pokój, Nina George

„Zachwycająca historia o miłości, która przywraca do życia.” – czytamy zaraz pod tytułem. Do tego ciepłe barwy okładki, lawenda – według jednych symbol nieufności, ale dla innych – symbol snów i marzeń (jestem za drugim jej znaczeniem)… To wszystko sprawia, że nie można przejść obok książki obojętnie. Sama sięgnęłam po nią od razu. Ale nie zachwyciłam się nią, niestety. Może odrobinę zachwyciłam się miłością, ale i w tym przypadku wyraz „zachwyt” jest, moim zdaniem, nadużyciem.
Nie umniejsza to jednak wartości tej pozycji, choćby dlatego, że jak na obyczaj, czytało się ją… całkiem przyjemnie. A treść czasem powodowała wzruszenie, czasem melancholijny uśmiech… Na pewno zmuszała do refleksji, a to uważam dużo. Cenię sobie takie książki.
Muszę też wspomnieć o pierwszej scenie, opisującej zbliżenie Perdu z Catherine, ponieważ została ona przedstawiona w sposób niesamowicie, wręcz – zachwycająco – zmysłowy, wysublimowany, erotyczny, ale tak… z wyczuciem. I chociaż… albo nie, to już zostawię, nie chcąc zdradzić za dużo.
Co więcej o treści? Nie wiem czy potrafiłabym się pogodzić z sytuacją Jean’a Perdu. Tyle lat żył w nieświadomości, co tak naprawdę kierowało jego ukochaną Manon, a wystarczyło przeczytać ostatni list, jaki do niego napisała. Jak inaczej mogłoby potoczyć się wówczas jego życie. A Manon? To ciekawe, jak ktoś z boku mógłby ją ocenić. Kobieta, która ma wyjść za mąż za mężczyznę, którego kocha, poznaje innego, bez którego, jak się okazuje, też nie potrafi żyć. Prowadzi więc podwójne życie. I choć większość by ją skrytykowało, ja nie potrafię. Bo poznałam jej uczucia, a nie sytuację.
Nie potrafię powiedzieć, że „Lawendowy pokój” to książka, którą polecam, ale też jej nie odradzam. Może tylko nie należy się nastawiać na lekką lekturę do czytania w drodze do pracy, ale na ogrzanie duszy, wieczorem, w swoim ulubionym fotelu z kieliszkiem dobrego wina.
A tak już zupełnie na koniec, zostawiam Was i siebie z jednym pytaniem: "Gdybyście mieli powiedzieć, jakie wydarzenie wpłynęło na to, kim teraz jesteście, to co by to było?"

piątek, 19 grudnia 2014

Miłość i chaos w Nowym Jorku, Gemma Burgess



Ostatnio w moim życiu sporo było stresów – bardziej lub mniej uzasadnionych. Na ten czas, poszukiwałam książki, którą będę mogła przeczytać szybko i „bezmyślnie”, znajdując przy tym wytchnienie.
Patrząc na okładkę i czytając krótki opis o „Miłość i chaos w Nowym Jorku” byłam przekonana, że znalazłam to, czego szukam. Nie spodziewałam się jednak, że odkryję tu coś więcej. Bo, szczerze, nie pamiętam, kiedy wychwyciłam tyle cytatów i mądrości w książce. Przemycę tu kilka z nich.
Przede wszystkim – Angie. Ta dziewczyna, choć nieidealna, imprezowa, niepotrafiąca okazywać uczuć swoim najbliższym, ma w sobie coś, co nie pozwala jej nie polubić. Początkowo powierzchownie, na zasadzie: „och! jaka zabawna, ciekawe jak sobie teraz poradzi, oby jej się udało…”. A im bardziej treść idzie do przodu, tym bardziej można powiedzieć: „Naprawdę ją lubię. Trzymam kciuki, żeby jej się udało. Zasługuje na to!”. I mimo, iż sporo przeszła już w swoim życiu – nieważne czy to przez własną głupotę, czy to los podstawiał jej na drodze nieodpowiednich ludzi, w końcu odnalazła szczęście w tych, którzy zawsze byli tak blisko, choć Angie ich nie dostrzegała.
Pierwsza mądrość, Vica, którą odnotowałam, brzmi: „Nic nie jest na zawsze. Wszystko się zmienia. Nie wiem, czy cię to pocieszy, czy dobije. Ale gdy jakieś zdarzenie przechodzi do przeszłości, zamienia się we wspomnienie.” Myślę teraz o moich przeżyciach. Tych naprawdę emocjonujących nie było aż tak wiele, może dlatego to jedno, najważniejsze, tak zapamiętałam. I bardzo długo przejmowałam się, że nie ma już powrotu do tamtych chwil. To zdarzenie naprawdę jest przeszłością. Ale w końcu „życie musi się zmieniać. Inaczej nie miałoby sensu. Zawsze wiedziałabyś, co się za chwilę wydarzy.” Więc cieszę się, że było. Teraz mam przynajmniej wspomnienie, do którego czasem mogę wrócić.
Myślę, że nie zdradzę za dużo (każdy w końcu zdaje sobie z tego sprawę) pisząc, że Angie się udało. Praca. Przyjaciele. Miłość. Życie. A u mnie? Prawie pod wszystkim mogę się podpisać. Ja tylko… „zastanawiam się, jak by to było w końcu się zakochać. Prawdziwą miłością.”

piątek, 12 grudnia 2014

Uważaj, o czym marzysz, Victoria Connelly

Tak, ja rzeczywiście wybieram książki, które pozwalają się zrelaksować. Wychodzę z założenia, że mają mi one przynieść rozrywkę, poprawić humor, pozwolić oderwać się od codzienności i, a co tam, uwierzyć, że marzenia mogą się spełnić.
A „Uważaj, o czym marzysz”… no właśnie. Czasem myślimy, że czegoś bardzo chcemy i tylko tego osiągnięcie przyniesie nam szczęście i pełne zadowolenie. I wydaje mi się, że łatwo jest się w tym zapomnieć. Bo czy na pewno chcemy, żeby każde marzenie/życzenie się spełniło? Czy może zdarza się, że jest to tylko odległy cel, który w istocie nie przyniesie upragnionego szczęścia? Może całkowita bierność i pogodzenie się z losem nie jest odpowiednie, ale dążenie na siłę do zmiany w życiu i osiągnięcie pozornego szczęścia też raczej takie nie jest. Chyba trochę to zagmatwałam, ale może treść książki pomoże rozjaśnić sens moich słów.
Bo Alice jest tego właśnie przykładem. To zwyczajna, młoda kobieta, która w tłumie pozostaje niezauważona, co jest równoznaczne z niepowodzeniem u mężczyzn. Jest za to inteligentna, zrównoważona i dobrze zorganizowana. Wakacyjny wyjazd na grecką wyspę staje się wszystkim, czego jej potrzeba.
Poznaje tu Mila – ogrodnika, który wypatrzył ją w tłumie i zapragnął poznać od tego pierwszego „zauważenia”. Ich znajomość od początku jest taka… właściwa. Są dwójką zupełnie obcych sobie ludzi, którzy znajdują w sobie bratnią duszę. Miłość dodaje bohaterce pewności siebie i poczucia atrakcyjności.
I choć Alice nie wierzy w magiczną moc spełniania życzeń wypowiedzianych przy posągu Afrodyty, poddaje się temu i dla zabawy mówi, że chciałaby być dostrzeganą przez mężczyzn. I to życzenie stanie się dla niej utrapieniem. Ciągłe sugestie (wcale nie subtelne) ze strony mężczyzn, ich podziw dla Alice – jej urody i wdzięku stają się bardzo kłopotliwe. W końcu zapragnie być normalną Alice, która nie wywołuje wokół siebie takiego zamieszania.
  A wracając do tych marzeń… Może po prostu mam takie, w którego spełnienie zdrowy rozsądek nie pozwala uwierzyć – stąd ten lekki pesymizm. Ale z drugiej strony: „Nawet jeśli się w coś nie wierzy, wcale nie znaczy, że to niemożliwe.” I tą optymistyczną myślą zakończę powyższy wpis. :)