Kolega polecił mi tę książkę. Mówił, że na pewno nie będzie to stracony czas. I miał rację.
Chociaż raczej nie lubię poradników i sceptycznie do nich podchodzę, tak ten, być może przez swoją prostotę, dobrze na mnie podziałał.
Nie trzeba używać wielkich słów i zapisać setki stron, żeby napisać bestseller, czego dowodem jest książka Johnsona.
Nos i Pędziwiatr - myszy - oraz Bojek i Zastałek - miniaturowi ludzie - uosabiają cechy naszej osobowości. Jest też ser, który symbolizuje nasz życiowy cel oraz labirynt - miejsce, w którym szukamy naszego "sera". To, co w życiu jest pewne, to zmiany. Ważne jest jednak nasze zachowanie i umiejętność przystosowania się do nowej sytuacji. Bo nawet jeśli zdobędziemy nasz "ser", nie mamy pewności, że jest on nasz na zawsze...
Czyta się bardzo szybko i lekko. Myślę, że warto przeczytać, żeby się zapoznać. A potem warto do niej wracać, żeby pomóc sobie w rozwiązaniu problemu i przede wszystkim zrozumieniu sytuacji, w której się znaleźliśmy. Bo wartości ukazane w książce są absolutnie uniwersalne.
Nie jestem pewna czy potrafię słowami przekazać uczucia i emocje jakie towarzyszyły mi podczas czytania oraz po odłożeniu przeczytanej książki na półkę. Postaram się sprostać zadaniu:
Podziwiam Autora za pomysł - za stworzenie niesamowitej historii. Zamieszanie i chaos panujące na lotnisku spowodowało przypadkową zamianę telefonów. Prawdopodobnie w realnym życiu doszłoby do wymiany i na tym skończyłaby się cała - wówczas zwyczajna - historia. Guillaume Musso na całe szczęście nie jest tak zwyczajny. Wykreował Madeline, kiedyś policjantkę a dzisiaj paryską kwiaciarkę. Kobietę, która (w przeszłości) z powodu przegranej sprawy targnęła się na swoje życie... A Jonathan? To były mąż, były znakomity szef kuchni a obecnie ojciec Charliego. Oboje wiodą spokojne życia, w którym - jak u każdego - zdarzają się wzloty i upadki. Każde też ma przeszłość, o której nie potrafi zapomnieć.
Ciekawość bohaterów powoduje zajrzenie do życia drugiej osoby. Telefony skrywają pewne tajemnice, zakamarki przeszłości, które przez wścibskość tymczasowych właścicieli wychodzą na jaw...
Ciąg wydarzeń spowodowanych przejęciem cudzego telefonu jest nieprawdopodobna. I ten wspólny fragment z przeszłości, który wznowił tak ważny trop... Urywam, ponieważ nie chcę zdradzić Wam szczegółów.
Podkreślę jeszcze raz: Telefon od anioła to rewelacyjna książka. Znakomite jest w niej wszystko, ale najważniejszy, najwybitniejszy jest Autor - Guillaume Musso - jesteś po prostu niesamowity !
WOW. Cztery sekundy do stracenia były naprawdę dobre. Fajny pomysł z przeplataniem rozdziałów - raz oczami Charlie, raz oczami Caina - pozwolił na lepsze poznanie obojga bohaterów. A warto było ich poznać.
Charlie to młoda dziewczyna, która została "wpakowana" w brudny świat, jakim jest handel narkotykami. Charlie nie jest jej prawdziwym imieniem (co ciekawe dopiero na koniec książki poznamy prawdziwą tożsamość dziewczyny), ale sytuacja w jakiej się znaleźli z ojczymem (Samem) zmusza do wyjazdu i zmiany tożsamości, ukrywania się i życia w strachu. Podejmuje pracę w lokalu ze striptizem, której szefem jest Cain.
A ten jest przystojnym młodym mężczyzną, który jest też dobrym człowiekiem (mimo przeszłości, nie potrafię myśleć o nim inaczej). Stara się pomagać swoim pracownicom, które właściwie zawsze mają jakiś problem. Cieszy się z ich sukcesów i zależy mu na usamodzielnieniu dziewczyn. Kiedy Charlie staje u progu jego drzwi... wracają pewne intymne wspomnienia z przeszłości, ale przede wszystkim - zmienia się przyszłość tej dwójki bohaterów.
Nie jest tajemnicą, że doszło do zbliżenia między Charlie i Cainem. Pierwsza wspólna scena miłosna przedstawiona w książce bardzo mi się podobała. Była długa, wyczerpująca i długo oczekiwana... Powiedziałabym, że lepsza niż w niejednej erotycznej książce.
W Czterech sekundach do stracenia wszystko mi się podobało. Dlatego też z czystym sumieniem ją Wam polecam.
Zbiór typowo walentynkowych opowiadań a ja piszę o nim dopiero teraz. Ale... w końcu miłość to temat dobry na każdy dzień roku.
Tylko jedno opowiadanie mi się nie podobało. Po kolei:
Alice Clayton już znam i polubiłam, dlatego wiedziałam, że się nie zawiodę. Jej "Smak zmysłów" był bardzo przyjemny (choć przez moment bałam się, że nie będzie szczęśliwego zakończenia!).
Jennifer DeLucy - to właśnie Ona mnie rozczarowała. "Zdobyta przez wikinga" było dla mnie... głupie - przepraszam.
Nicki Elson, czyli "Nie obchodzę walentynek" - czasem nie warto być takim zawziętym, ale dobrze, jak wszystko kończy się po naszej myśli.
Jessica McQuinn w "Stać cię na więcej" przedstawiła męża idealnego. Takiego, o jakim każda z nas marzy...
Victoria Michaels opowiedziała o takiej standardowej miłości, która w końcu się ujawniła. "Powrót do domu" = powrót do ważnej miłości i w końcu jej spełnienia.
I ostatnia, Alison Oburia, czyli "Połączeni" - nie jestem urzeczona a myślałam, że będę nawet wzruszona. Może dlatego, że to opowiadanie a więc krótka forma, stąd za mało emocji, ale... spodziewałam się łez podczas czytania i żałuję, że się nie pojawiły.
Podsumowując, czytało się przyjemnie i bardzo szybko. Choć niestety bez większego zaangażowania.
Ostatnie tygodnie to czas ciężkiej pracy (zawodowej) - ciężkiej, bo niekończącej się i dość stresującej. I choć lubię swoje zajęcie, bardzo potrzebowałam wytchnienia. Na mojej półce nieprzeczytanych książek zobaczyłam "Oczarowaną" i stwierdziłam, że sprawdzę, czy tytuł i okładka - które sugerują coś przyjemnego i lekkiego - mnie nie zawiodą. I co się okazało?
Poznałam Maddie - dziewczynę, która straciła pracę i chłopaka (tego drugiego właściwie zostawiła), ale los oddał jej szczęście z nawiązką. A właściwie to nie los - ona sama o siebie zawalczyła.
Wyjeżdża z Los Angeles do małej miejscowości Lucky Harbor aby przejąć w spadku po swojej mamie hotel. Już po drodze poznaje "Ciacho na motorze", który być może okaże się miłością jej życia. Chociaż - to byłoby zbyt piękne. Ale czy na pewno?
Na miejscu spotyka swoje dwie siostry, z którymi nie utrzymuje kontaktu. Każda jest oddzielnym bytem. Każda jest kompletnie inna i wydaje się, że się nie polubią. Życie jednak oprócz tego, że potrafi dać nam w kość, czasem przynosi szczęśliwe rozwiązania.
Nie oszukujmy się - nawet jeśli ktoś jeszcze nie czytał tej książki zapewne wie, że historia ma dobre zakończenie. I bardzo dobrze!
Potrzebowałam tej książki. Potrzebowałam jej, żeby się rozerwać i chociaż na krótki czas zapomnieć się w świecie, w którym wszystko na pewno będzie dobrze. Może warto uwierzyć, że w rzeczywistości też tak może być?
Tak wiem, to blog o książkach, a ten wpis będzie zupełnie o czymś innym. Chociaż nie tak zupełnie, bo też o kulturze.
8-ego stycznia (poniedziałek) byłam w teatrze na sztuce z Kubą Wojewódzkim w roli głównej. Było to tak dobre, że postanowiłam zrobić wyjątek na swoim blogu.
Nie ośmieliłabym się dyskutować z prawdziwymi krytykami i znawcami sztuki, ponieważ jestem totalną amatorką. Nie znaczy to jednak, że nie mam swojego zdania. A jest ono bardzo pozytywne. Zaczynam:
Gra aktorska? Nie mam ale! Nie wiem, jak wygląda wersja z innymi aktorkami, ale nie chciałabym tego sprawdzić, ponieważ ta bardzo mi odpowiadała. Małgorzata Socha, Anna Cieślak, Michał Żebrowski, Daniel Olbrychski i przede wszystkim On - Kuba Wojewódzki - rozbawiliście mnie! A o to przecież chodziło. Z przyjemnością patrzyłam na każdego z Was.
Poza treścią, w dość specyficznym klimacie, którego się bałam, ponieważ Woody Allen to nie moja bajka, zabawne były wstawki zaczerpnięte z rzeczywistości.
I Kuba Wojewódzki, już jako Kuba a nie Allen, na koniec kiedy ciągle pojawiał się na scenie, podczas gdy widownia biła brawo - już nawet nie staram się być obiektywna - dla mnie Kuba był najlepszy!
I tak jak kiedyś w swoim autorskim programie mówił do Marcina Dorocińskiego (i Bogusława Lindy), że krążą o nim legendy - oj krążą! :)
Dobry humor i podekscytowanie z powodu zobaczenia na żywo aktorów, których znam z ekranu i przede wszystkim Kuby Wojewódzkiego, którego uwielbiam i oglądam od dziecka towarzyszyło mi podczas całego spektaklu. To był jeden z lepszych wieczorów ostatnich tygodni. Dziękuję!
Chciałabym napisać, że to przerażająca wizja tego, co może nas spotkać w przyszłości. Ale to niestety teraźniejszość...
Młody chłopak, przyjaciel Vi, zostaje zabity przez ściganego. Cynthia, matka dziewczyny i dziennikarka magazynu "Daily", docieka przyczyn jego śmierci. Wszystkiemu winien jest postęp techniki, a w istocie ludzie, którzy za tym stoją. Popularna aplikacja Freemee, która zawiera całe mnóstwo informacji o każdym użytkowniku okazuje się negatywnie wpływać na ludzi. Mimo, iż mogłoby się wydawać zupełnie inaczej. W końcu doradza ludziom właściwe zachowanie, styl życie, sugeruje co powinno się zrobić w tej chwili, jak poradzić sobie z problemami... Wyłącza przez to myślenie i całkowicie pochłania ludzi - zwłaszcza młodych.
Niedługo ginie kolejny młody człowiek. W przeszłości również doszło do podejrzanych zdarzeń. Czy Cynthia dojdzie do prawdy? Czy Zero - ponadprzeciętny, bardzo aktywny użytkownik sieci - jej w tym pomoże? Jak zakończy się ta historia?
Czy książka mi się podobała? I tak, i nie. W pewnym momencie, przepraszam licznych fanów Autora, ale zaczęła mnie nudzić. Koniec jednak na nowo rozbudził emocje. Przede wszystkim jednak zaciekawił mnie problem. Nie unikniemy postępu techniki. Oczywiście możemy nie udzielać się na portalach społecznościowych, ale żyjemy w takich czasach, kiedy Internet jest czymś niezbędnym. Wyszukując jakichkolwiek produktów w sieci już wysyłamy o sobie informację. Jesteśmy przez to manipulowani. Ważne jednak, żeby nie dać się zwariować i korzystać rozsądnie ze wszystkich udogodnień, jakie są dla nas dostępne.